Holandia: Dzisiaj zamawiasz – jutro dostajesz. Uroki pracy w centrum dystrybucji bol.com. Reportaż cz.1

Zdjęcie ilustracyjne: Jens P. Raak z Pixabay

Dzisiaj zamawiasz – jutro dostajesz. Uznajemy to za normalne. Jak wygląda praca ludzi w centrum dystrybucji bol.com? A wielu z nich to Polacy. Do nich dołączył dziennikarz holenderski. I co odkrył?

Kim są ludzie, dzięki którym otrzymujemy zamówione przesyłki? Jak wygląda ich dzień pracy? Jakie są skutki naszego zbiorowego, wciąż rosnącego uzależnienia od zakupów przez Internet? Tego chciał się dowiedzieć.

Tylko na Polonia.nl!

Publikujemy w 5 odcinkach reportaż uczestniczący holenderskiego dziennikarza z największego sklepu internetowego w kraju.

Dziennikarz Jeroen van Bergeijk przepracował pięć tygodni w centrum dystrybucji bol.com w Waalwijk – największym sklepie internetowym w Holandii. W ubiegłym roku jego książka „Uberleven – undercover als Uberchauffeur o pracy jako kierowca w firmie Uber, odbiła się szerokim echem w Holandii. Pokazuje, jak wygląda życie kierowcy Ubera oraz jak mało firma troszczy się o kierowców.

Obecnie Van Bergeijk pisze książkę na temat jego przeżyć w centrum dystrybucji bol.com. Będzie w niej też o Polakach tam pracujących, a raczej w jakich warunkach pracują. Ukaże się we wrześniu pod tytułem „Binnen bij bol.com. Undercover bij de winkel van ons allemaal”.

Okładka książki Jeroena van Bergeijka o jego pracy w centrum bol.com

Centrum dystrybucyjne, w którym pracował Jeroen van Bergeijk, zatrudnia na stałe pięciuset pracowników, a w szczycie sezonu dodatkowo tysiąc pięciuset pracowników tymczasowych. Trzy czwarte personelu firmy Ingram Micro to pracownicy zagraniczni.

Pierwszy dzień pracy – część 1

Pierwszy dzień pracy w centrum realizacji zamówień, dział zwrotów, sekcja towarów wielkogabarytowych. Czuję się tak, jakby nadeszły święta. Super! Czas otwierać prezenty! Ciekawi mnie zawartość każdej paczki, więc entuzjastycznie rozcinam kolejne kartony.

Po tygodniu nie mogę już patrzeć na tekst: „Oto jestem. Rozpakuj mnie”, widniejący na firmowych opakowaniach bol.com. Widziałem już wszystko: mikrofalówki, monitory, ekspresy do kawy, kosze na śmieci, walizki, wiertarki, pampersy, klocki Lego, zabawki Playmobil i – rzecz jasna – frytownice Airfryer. Całe stosy frytownic Airfryer.

Nie ominęły mnie też obrzydliwe opowieści.
– Pierwszego dnia dostałem dildo mniej więcej takich rozmiarów – opowiada Bruno, postawny dwudziestolatek, łapiąc się prawą ręką za lewy łokieć i pokazując długość znaleziska. – Jeszcze umazane kupą.

Złą sławą cieszy się żywność dla niemowląt. Odsyłane obiadki w słoiczkach często nie przetrzymują transportu.
– A kiedy całe to dziadostwo wreszcie tu dojedzie… Masakra! Latem wyłazi od groma robali – opowiada Bruno. – Całe chmary muszek owocowych. Serio, można się porzygać. I nie wolno tego wyrzucić, trzeba wyłowić całe słoiki, bo mają trafić do firmy, która skupuje używany towar.

Inny kolega z pracy nawet na moment nie zdejmuje rękawiczek.
– W pewnej chwili pojawiła mi się wysypka, wielkie czerwone plamy. Co widziałem najobrzydliwszego? Zapchlone legowisko dla kota.

Sikanie do plastikowych butelek

Witamy w Waalwijk, w jednym z dwóch centrów dystrybucji największego holenderskiego sklepu internetowego bol.com, czyli – jak głosi slogan – „sklepu dla nas wszystkich”.

Pracuję tutaj. Postanowiłem sprawdzić, co się dzieje, gdy za pięć dwunasta w nocy ktoś uzna, że następnego dnia koniecznie musi otrzymać odkurzacz czy zestaw naczyń z podgrzewaczem (a następnie je odsyła, ponieważ „nie pasują do wystroju wnętrza”, jak to ujął pewien klient na formularzu zwrotu).

Kim są ludzie, dzięki którym otrzymujemy zamówione przesyłki? Jak wygląda ich dzień pracy? Jakie są skutki naszego zbiorowego, wciąż rosnącego uzależnienia od zakupów przez Internet? W tym roku Holendrzy dokonali zakupów online 240 milionów razy, czyli 19% częściej niż w roku ubiegłym.

Sam już od dwudziestu lat kupuję przez Internet książki, ubrania i elektronikę, najczęściej w Amazonie. Od kiedy usłyszałem straszne opowieści o warunkach pracy w amerykańskich i brytyjskich magazynach tej firmy, zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę aż tak bardzo lubię zakupy online.

James Bloodworth opisuje w swojej książce „Hired”, że pracownicy Amazona otrzymują punkty karne za L4, spóźnienia i niewyrobienie normy. Kto zgromadzi określoną liczbę punktów, wylatuje z pracy. Przerwy na wyjście do toalety są tak niemile widziane, że niektórzy wolą ulżyć sobie do walających się wszędzie plastikowych butelek. Zastanawiałem się, jak to wygląda w Holandii.

Rozmowa o pracę

Często słyszy się opowieści o warunkach pracy w centrach dystrybucji należących do holenderskich supermarketów. Holenderska Federacja Związków Zawodowych FNV informowała już o zawrotnym tempie pracy w magazynach sieci Jumbo i Albert Heijn, a ostatnio także w supermarkecie internetowym Picnic.

Niewiele jednak wiadomo o sytuacji w innych magazynach, a dokładniej w tych należących do sklepów internetowych. To dziwne, bo holenderski rynek centrów dystrybucji – najczęściej międzynarodowych – wciąż rośnie. Nigdzie indziej w północno-zachodniej Europie nie ma ich tyle, co u nas.

Według badań Bak Property Research już teraz mamy 1999 centrów dystrybucji, a rynek długo jeszcze nie wyhamuje. W ubiegłym roku w Holandii przybyły 2 miliony metrów kwadratowych powierzchni magazynowej, teraz centra zajmują łącznie 33,1 miliona metrów kwadratowych.

Polecamy: Dziennikarskie śledztwo – jak Polacy są wyzyskiwani w centrach dystrybucji Albert Heijn

Dlatego też na początku października przyszedłem na dzień otwarty w centrum dystrybucji bol.com, organizowany przez agencję pracy tymczasowej Tempo-Team (centrum należy tak naprawdę do firmy Ingram Micro, która odpowiada za logistykę bol.com).

Zjawiło się na nim dziesięć osób, między innymi dwóch etiopskich uchodźców, trzech dwudziestolatków marokańskiego pochodzenia, znająca niderlandzki Murzynka z włosami splecionymi w cienkie warkoczyki, łysy Brabantczyk i Hindus z tatuażem na szyi.

Oprowadzono nas po budynku, a następnie w stołówce obejrzeliśmy prezentację PowerPoint o obowiązkach pracowników i oferowanym wynagrodzeniu (10 euro brutto za godzinę, czyli 80 eurocentów powyżej wynagrodzenia minimalnego, plus różne dodatki za pracę w nieregularnych godzinach).

Zaczęło do mnie docierać, że dzień otwarty był tak naprawdę rozmową o pracę. Nikt jednak nie pytał o list motywacyjny, czy wykształcenie. Agencja pracy chciała wiedzieć tylko jedno – kiedy mogę zacząć?

Dwa tygodnie później nadchodzi ten moment. Gdybym się nie przeprowadził, nie miałbym szans dotrzeć do pracy na czas. Wynajmuję więc na pobliskim kempingu o nazwie Droomgaard tak zwany „domek letniskowy”, czyli ulepszoną przyczepę kempingową.

O kempingu Droomgaard ostatnio często było głośno w mediach, bo ponoć pęka w szwach od sprawiających kłopoty imigrantów zarobkowych.

I tak pewnego mglistego listopadowego poranka staję przed ciemnoszarym budynkiem na obrzeżach Haven 1-5 (strefy przemysłowej w Waalwijk), nieco na północ od autostrady A59.

Kontrola

Centrum dystrybucji bol.com ma powierzchnię 45 tys. m2 – ośmiu boisk do piłki nożnej – i jest wciśnięte między magazyn supermarketu Spar, groblę nad kanałem Bergsche Maas i firmę recyklingową, której buldożery przez całą dobę jeżdżą tam i z powrotem ze złomem i starymi materacami.

Ogromna bryła o ciężkiej, nieprzyjaznej elewacji kojarzy mi się ze skarbcem Sknerusa McKwacza. Po wejściu zostawiam przedmioty osobiste w szafce o numerze 10322. Pracownikom nie wolno mieć przy sobie telefonu, zegarka, pierścionków, kolczyków, okularów przeciwsłonecznych ani czapek z daszkiem. Dozwolone są wyłącznie: czarna odzież wierzchnia, spodnie sięgające za kolana, obuwie robocze i drugie śniadanie. W szafce musi zostać nawet rzemyk, który mam na szyi.

Tablice przy wejściu ostrzegają: „zero tolerancji”. – A co z portfelem? – pytam pierwszego dnia jednego z ochroniarzy. – Mogę wnieść portfel?
– O ile nie masz w nim kondomów.

Wchodzę do środka przez jedną z trzech metalowych bramek obrotowych. Swoją drogą, o wiele łatwiej tu wejść niż wyjść.

Kto chce opuścić budynek, musi przejść przez skaner, jak na lotnisku.

To coś w rodzaju kabiny prysznicowej, w której stoi się trzy sekundy z uniesionymi ramionami.

Potem następuje przeszukanie ręczne – ochroniarze sprawdzają wszystko, obwąchują woreczki z kanapkami, zaglądają do portfela i otwierają paczki papierosów czy tytoniu. Wszystko to ma na celu zapobiegnięcie kradzieżom z magazynu. Jeśli akurat jest spora kolejka, czasem trzeba czekać nawet kwadrans, zanim będzie można iść do domu.

Imiona opisanych w artykule pracowników magazynu zostały zmienione w celu zachowania prywatności. Tytuł i wstępniak pochodzą od redakcji.

W kolejnym drugim odcinku przeczytasz, jak Jeroen spotyka współtowarzyszy – Polaków w magazynie bol.com. Publikujemy za tydzień – w piątek 5 lipca.

Copyright: Jeroen van Bergeijk

  • Autor reportażu jest holenderskim dziennikarzem i pisarzem. Swój tekst zamieścił w grudniu w 2018 r. na łamach dziennika „Volkskrant”.
  • Tekst z języka niderlandzkiego, staraniem związku zawodowego FNV, został przetłumaczony na język polski przez Olgę Niziołek i Mirkę Chojecki.
  • Autor udzielił portalowi Polonia.nl zgody na publikację swojego reportażu zamieszczonego na stronie www autora

Objaśnienie

Dziennikarz Jeroen van Bergeijk przez pięć tygodni pracował w centrum dystrybucji firmy bol.com w Waalwijk. Został zatrudniony przez agencję pracy tymczasowej Tempo-Team pod swoim nazwiskiem i drugim imieniem. Po zakończeniu pracy van Bergeijk poinformował firmy Ingram Micro i bol.com, że jest dziennikarzem. Redakcja „Volkskrant” uznała, że takie postępowanie jest w tym wypadku uzasadnione, ponieważ to jedyny sposób, aby wiarygodnie przedstawić realia pracy i świat pracowników magazynowych w firmie bol.com.