Zdjęcie ilustracyjne: josemm z Pixabay

Kim są ludzie, dzięki którym otrzymujemy zamówione przesyłki? Jak wygląda ich dzień pracy? Dziennikarz Jeroen van Bergeijk sprawdził to. Przepracował pięć tygodni w centrum dystrybucji bol.com w Waalwijk. W drugim odcinku reportażu spotyka Polaków.

Publikujemy w 5 odcinkach reportaż uczestniczący holenderskiego dziennikarza Van Bereijka z największego sklepu internetowego w Holandii – bol.com.

Czytaj pierwszy odcinek Holandia: Dzisiaj zamawiasz – jutro dostajesz. Uroki pracy w centrum dystrybucji bol.com.

Centrum dystrybucji bol.com w Waalwijk, w którym pracował Jeroen van Bergeijk, zatrudnia na stałe pięciuset pracowników, a w szczycie sezonu dodatkowo tysiąc pięciuset pracowników tymczasowych. Trzy czwarte personelu firmy Ingram Micro to pracownicy zagraniczni.

O jego przeżyciach w centrum dystrybucji w Waalwijk, w tym o Polakach tam pracujących, pisze w książce pt. „Binnen bij bol.com. Undercover bij de winkel van ons allemaal”. Ukaże się ona we wrześniu br.

Okładka książki Jeroena van Bergeijka o jego pracy w centrum bol.com

Zwroty – część 2

Po wejściu od razu trafiam między niekończące się regały, wypełnione najróżniejszymi przedmiotami. Na początku ciągle się gubiłem, ale teraz już wiem, że przy trampkach mam skręcić w prawo, przy Whiskasie w lewo, minąć Pedigree, górę puzzli Ravensburger z 32 tys. elementów, garnki Le Creuset, drewniane sanki dziecięce, przy grillach Boretti skręcić w prawo, przejść przez jedne drzwi i od razu przez kolejne, po czym w końcu znajdę się w hali nr 3, w dziale zwrotów.

Właśnie w tym miejscu – gdzie obsługuje się towar odesłany przez klientów – rozpoczynam karierę pracownika magazynowego w bol.com.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po wejściu na halę nr 3, to ogromna ruchoma taśma, po której suną paczki ze zwrotów – każdego dnia grubo ponad dziesięć tysięcy.

Są jak woda pobliskiego kanału Bergsche Maas, czy może ruch na A59 – strumień paczek nigdy nie wysycha. Pracownicy siedzą przy wysokich stołach, zdejmują z taśmy kolejne paczki i sprawdzają ich zawartość. Kartony zbyt duże, by trafić na taśmę, odsyła się do sekcji towarów wielkogabarytowych. Mam je otwierać, sprawdzać, czy zgadza się zawartość, a następnie decydować, czy towar da się ponownie sprzedać.

Raz użyty ekspres do kawy – odpada.

Monitor, którego kable nie są już owinięte trytytką – odpada.

Mikrofalówka w zamkniętym, ale lekko uszkodzonym opakowaniu – odpada.

Bol.com twierdzi, że zwroty stanowią 4,7% sprzedanych artykułów. W porównaniu z konkurencją to niewiele. Niektóre sklepy internetowe z odzieżą dostają z powrotem ponad połowę towaru. Firma zapewnia, że 65% odesłanych przedmiotów jest całkowicie nowa i może natychmiast wrócić do magazynu. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że ponad 80% zwrotów z działu towarów wielkogabarytowych zostaje wycofanych i trafia do skupu używanych przedmiotów.

Ludzie odsyłają zakupy na przeróżne, dziwne sposoby: owinięte w worki na śmieci czy w reklamówkach z supermarketów, zapakowane w stare gazety i zaklejone potrójną warstwą taśmy izolacyjnej, której nijak nie da się rozciąć.

Praca w dziale zwrotów szybko pozwala odkryć, że konsumenci na wszelkie sposoby próbują oszukać sklep.

Koledzy z pracy opowiadają mi o popularnej sztuczce – jeśli popsuje ci się monitor, wystarczy kupić nowy i odesłać stary w nowym opakowaniu. Dlatego pracownicy działu towarów wielkogabarytowych mają obowiązek porównywać numer seryjny każdego urządzenia z numerem podanym na kartonie.

To oczywiste oszustwo nie dziwi mnie aż tak bardzo, jak nadużywanie obowiązującej w bol.com wielkodusznej polityki zwrotów (klienci mają trzydzieści dni na zwrot każdego artykułu bez konieczności podawania powodu).

Trafiam na odkurzacze z przepełnionymi workami, szlifierki z przyschniętymi resztkami materiałów budowlanych, czy karton z odkurzaczem ogrodowym, z którego wypadają jesienne listki.

Powód zwrotu: „Nie pasuje mi”, albo: „Nie spodobał mi się kolor”. Kolega z pracy opowiada, że kiedyś trafiła mu się walizka z naklejką linii lotniczych. „W środku była jeszcze para brudnych skarpetek”.

Praca na dwie zmiany

Takie nadużycia początkowo mnie złoszczą, ale inni pracownicy wzruszają tylko ramionami. „Tak to już jest”, słyszę ciągle. Jeśli ktoś bez kręcenia zwróci zakupiony towar w przeciągu trzydziestu dni, dostanie pieniądze z powrotem. Trudno mi w to uwierzyć, więc postanawiam przekonać się o tym na własnej skórze.

Zamawiam parę rękawic roboczych i golarkę, korzystam z nich przez dwa tygodnie, a następnie odsyłam. W przeciągu kilku dni pieniądze trafiają z powrotem na moje konto.

Praca dla bol.com wcale jeszcze nie oznacza, że firma kogoś zatrudnia.

Od tego internetowego giganta oddziela mnie trzech pośredników, z których każdy zarabia na mojej pracy.

Pierwsza warstwa to Ingram Micro, czyli właściciel magazynu. Niektórzy pracownicy zawarli umowę bezpośrednio z nią, ale zdecydowana większość pracuje dla agencji pracy tymczasowej. W moim przypadku jest to Tempo-Team. Agencja pracy nie wypożycza nas bezpośrednio do Ingram Micro, ale pośrednikowi, czyli belgijskiej firmie Solvus, specjalizującej się w „wyzwaniach HR-owych (kadrowych)”.

Na dziale zwrotów obowiązują dwie zmiany – od siódmej rano do wpół do czwartej po południu i od wpół do czwartej do północy. Pracownicy tymczasowi otrzymują grafik w piątek wieczorem, a często dopiero w sobotę rano. Raz pracuje się cały tydzień, potem znów tylko dwa czy trzy dni. Czasem zaczyna się od zmian porannych, a po kilku dniach przenoszą pracownika na drugą zmianę.

Do tego grafik prawie zawsze zmienia się w trakcie tygodnia.

Czasem można dostać urlop bez żadnego problemu, a czasem zaakceptowany wniosek bywa odrzucany z jednodniowym wyprzedzeniem bez podania powodu.

Imigranci zarobkowi – Polacy

W czasie przerwy, na stołówce często wyrażam swoje zdziwienie taką nieprzewidywalnością. Moi holenderscy współpracownicy reagują spokojnie, zdążyli się już przyzwyczaić. Rodzice małych dzieci muszą ostro kombinować, żeby wpasować się we wciąż zmieniane godziny pracy.

Dziewczyna w obcisłych skórzanych spodniach opowiada, że w zeszłym tygodniu wstawała o wpół do czwartej, żeby zawieźć córeczkę do babci i stawić się w pracy na siódmą rano.

Wydaje się, że pracowników z zagranicy nie obchodzą tego typu sprawy – nie mają tu rodzin, a wieczorami nie chodzą grać w piłkę nożną czy na lekcje gry na jakimś instrumencie.

Kiedy pytam, jak im się podoba w pracy, odpowiadają tylko „it’s ok” albo „it’s just a job, to tylko praca. Unoszą się tylko wtedy, gdy w danym tygodniu dostają wolne dni, co oznacza mniej godzin.

Większość najchętniej wyrabia nadgodziny albo pracuje po nocach – co oznacza dodatek do wynagrodzenia.

Dziesięcio- czy jedenastogodzinne dni pracy nie należą dla większości imigrantów do rzadkości.

W hali nr 3 nie ma światła dziennego. Gdy przychodzę na poranną zmianę, na zewnątrz jest jeszcze ciemno. Cały dzień pracuję przy świetlówkach, a po pracy łapię ostatnie promienie słońca, znikającego za firmą recyklingową przy naszym centrum.

Mógłbym też spędzić przerwę na dworze – dojście do wyjścia zajmie mi pięć minut, następnie ustawię się w kolejce do skanera. Przy odrobinie szczęścia zostanie mi piętnaście minut na zjedzenie kanapek na ławce przed wejściem pracowniczym. Potem będę musiał wracać.

Nocą zawsze parę osób pali tam jointy.

Pewnego dnia zaczynam rozmawiać z Mateuszem, energicznym Polakiem po dwudziestce.
– Każdy tutaj myśli, że Polacy tylko palą trawę i piją wódkę – zagaduję. – Ale nie ja.
Mateusz pracuje dla bol.com od miesiąca. Mieszka godzinę jazdy stąd, na kempingu w belgijskiej miejscowości Lommel.

W jego bungalowie mieszkają jeszcze trzy osoby, w tym jego dziewczyna. Każde z nich płaci 100 euro tygodniowo za miejsce w pokoju. Agencja pracy codziennie zapewnia mu transport z Lommel do Waalwijk i z powrotem. Dziewczyna Mateusza została przydzielona do innego zespołu, co oznacza, że widują się tylko przy wejściu pracowniczym.

– Daję jej buziaka i pytam, czy wszystko w porządku. I to mniej więcej tyle.

Pytam, czy jest szczęśliwy.

– Tak. Zarabiam tu trzy razy więcej niż w Polsce – odpowiada.

Pytam, czy chciałby zostać w Holandii.

– Wiadomo.

Mateusz nie jest jedyny – prawie nikt z pytanych imigrantów nie myśli o powrocie.

Imiona opisanych w artykule pracowników magazynu zostały zmienione w celu zachowania prywatności.

W kolejnym, trzecim odcinku przeczytasz, jak Jeroen w dziale kompletowania zamówień napotyka na mrowisko… ludzi, głównie Polaków-order pickerów. Publikujemy za tydzień – 12 lipca.

Tytuł i wstępniak pochodzą od redakcji.

Copyright: Jeroen van Bergeijk

  • Autor reportażu jest holenderskim dziennikarzem i pisarzem. Swój tekst zamieścił w grudniu w 2018 r. na łamach dziennika „Volkskrant”.
  • Tekst z języka niderlandzkiego, staraniem związku zawodowego FNV, został przetłumaczony na język polski przez Olgę Niziołek i Mirkę Chojecki.
  • Autor udzielił portalowi Polonia.nl zgody na publikację swojego reportażu zamieszczonego na stronie www autora

Objaśnienie

Dziennikarz Jeroen van Bergeijk przez pięć tygodni pracował w centrum dystrybucji firmy bol.com w Waalwijk. Został zatrudniony przez agencję pracy tymczasowej Tempo-Team pod swoim nazwiskiem i drugim imieniem. Po zakończeniu pracy van Bergeijk poinformował firmy Ingram Micro i bol.com, że jest dziennikarzem. Redakcja „Volkskrant” uznała, że takie postępowanie jest w tym wypadku uzasadnione, ponieważ to jedyny sposób, aby wiarygodnie przedstawić realia pracy i świat pracowników magazynowych w firmie bol.com.