1. Dzień Mamy, 2. Bezbłędne błędy, 3. Zdrajca zaimek, 4. Moc bajek, 5. Nasza klasa

Angieszka Steur (30 lat z Wałbrzycha) zdobyła we wrześniu 2008 r. wyróżnienie w konkursie Marszałka Senatu RP pt. “Polacy na ścieżkach świata – blaski i cienie emigracji” za pracę “Z pamiętnika Polki na emigracji: Kilka dni z wielu”. Był to jej debiut literacki.

Publikujemy część IV
Czytaj poprzednie

1.
Dzień Mamy

W całkiem nie dużym mieście, na południu Polski, w jednym z wielu bloków, na drugim piętrze pali się światło. Jest już późno, wszyscy śpią. Przecież jutro trzeba iść do pracy, ale Mama nie śpi. Ona czeka, bo wie, że my jedziemy, że będziemy o drugiej, może trzeciej nad ranem. Nie ważne, czeka. Wjeżdżamy pod górę, bo u nas pełno gór. Widzę to okno i wiem, że wracam. To tu, to w tym miejscu znajduje się początek. To okno i ta osoba w szlafroku lila za nim, pomagają mi określić, gdzie jestem. Nie ważne jak daleko odejdę, to okno zawsze płonie ciepłym światłem. Będąc w Holandii, jestem po prostu tysiąc kilometrów od tego miejsca. Będąc daleko i tak wiem, że w tym oknie pali się światło. Jak latarnia morska, bym wiedziała, w którą stronę płynąć, by zawinąć do bezpiecznego portu.

Tam zawsze ktoś na mnie czeka. Nawet wtedy, gdy nie mam nic do powiedzenia. Tam jest ktoś, kto martwi się o mnie zawsze, mimo, że wciąż powtarzam, ale u mnie wszystko w porządku. Naprawdę! Ja sobie radzę. Mama martwi się o mojego brata i jego żonę z cudownym brzuchem pełnym życia. Martwi się o mojego męża, który łamaną polszczyzną stara się z nią dogadać. Martwi się o moje dzieci, których w buziach tak bardzo chce zobaczyć cudowną przyszłość.

Moja Mama to ta dróżka ułożona z kwadratowych płyt w ogrodzie, pewna, wytrzymała i dążąca prosto przed siebie. To też te żółte aksamitki rosnące wokół niej, maleńkie, delikatne i miękkie. Moja Mama to cały ogród. To kwitnąca wiśnia, która pewnie i tego roku obrodzi soczystymi owocami, zapowiedzią konfitur. To ta grusza, którą trzeba było ściąć, bo była chora. To bez kwitnący bordowo, to krwawe maliny, zostawiające plamy na koszulkach moich dzieci. Moja Mama to tysiąc sposobów, jak te plamy sprać. To maciejka, która pachnie najmocniej wieczorem. Moja Mama to ta kolorowa altanka, okradana każdej zimy. Z wiarą w ludzi, coraz wątlejszą, ale i tak wypełniana przez resztę roku. Moja Mama to każda rada na ból brzucha. Moja Mama to dłonie, które jak nic innego potrafią uśmierzyć ból głowy. Moja Mama to krwawnik, przykładany do zdartego kolana, aby goiło się szybciej. To pytanie, czy wzięłam witaminy i to zawiązany szczelnie szal pod szyją, choć od wielu lat sama to robię. Moja Mama, to te kilka łez szczęścia otartych ukradkiem, gdy urodził się mój syn. Moja Mama to bukiet goździków, mimo że nie modnych, bo systemowych, ale moich ulubionych.

Moja Mama to ta osoba, której dziś składam najlepsze życzenia i podziękowania. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy.

2.
Bezbłędne błędy

– Nie boisz się, że twoje dzieci będą się śmiać z tego, jak mówisz po holendersku? Zapytała mnie dziś Aga. Dla nich jest to język ojczysty, będzie codzienny i pewnie bezbłędny. Ja nawet bardzo się starając, zawsze będę mówiła z polskim akcentem i niestety pewnie jeszcze długo przeciśnie mi się „coś nie tak” w składni i w wymowie.

Nie myślałam o tym. Zamartwiam się tyloma rzeczami, a tym jeszcze nie?! To prawda – język holenderski jest dla mnie bardzo ważny i często boli mnie, że nie potrafię się w nim w pełni wyrazić. Złoszczę się, gdy ze względu na akcent lub jakiś głupi błąd, ludzie źle mnie oceniają. Traktują mnie, jakbym nie była w stanie wszystkiego do końca zrozumieć. Pobłażliwość w ich wzroku irytuje mnie – robi błędy, bo jest obca. Złość jednak bardzo szybko mija, a irytacja to tylko przejaw mojej słabości.

Już wiem, że istnieje coś takiego jak kompleks języka. Strach, że zaraz po otwarciu ust okaże się, że znów orzeczenie zawlekło się nie tam gdzie być powinno. Brr! Wiem, bo czasem mnie dopada. Nie zastanawiałam się jednak nad tym w kontekście własnych dzieci. Może dlatego, że rozmawiam z nimi po polsku. Pokazuję im świat przez pryzmat polszczyzny. One już wiedzą, że papa jest od holenderskiego, a mama od polskiego.

Nie tak dawno nauczycielka w szkole moich dzieci „doradziła” mi, że powinnam zrobić coś z tym feralnym orzeczeniem, bo daję zły przykład dzieciom. O Boże!

Myśl raz zasiana zaczęła kiełkować podobnymi pytaniami. A co? A jeśli? A może?

Nagle mnie oświeciło. Moja teściowa!!! Przecież ona jest Irlandką i mimo, że mieszka 40 lat w Holandii nadal mówi z angielskim akcentem. Do dziś nie opanowała trudnej sztuki wymowy dźwięcznego „g” i co najważniejsze, wcale się tym nie przejmuje. Gdy mój mąż wrócił z pracy zaczęło się wypytywanie. Czy to kiedykolwiek miało jakieś znaczenie? Czy on w ogóle to słyszał, gdy był mały? Kiedy usłyszał to po raz pierwszy?

Eureka! To nie ma znaczenia! To jest mama! Tak właśnie mówi i nie rozważa się tego w kategoriach błędu i poprawności. Przynajmniej nie, gdy jest się dzieckiem. Nie myśli się o tym, że zamiast „g” w słowie pojawia się „k”. Ważne jest przecież to, że mama jest obok i pokazuję owieczki na łąkach, marchewkę w ogródku i tulipany, które jeszcze w wazonie rosną. Teraz te błędy wywołują uśmiech na twarzy mojego męża i wzruszenie w oczach, gdy usłyszy, że jego mama nadal mówi coś nie tak jak większość. To jest jego mama, jedyna na świecie. Właśnie również dzięki temu jak mówi – taka specjalna.

Poszłam pytać dalej. W Kraju Tulipanów nie brakuje mam z „niestąd”. Różne odpowiedzi, różne opowieści. Wniosek, właściwie ten sam. To jest mama i jest właśnie taka. To też czyni ją specjalną. Zgrzyt pojawił się w opowieściach o nastolatkach. No, ale to już całkiem inna opowieść. Gdy ma się lat naście, jest się nieobliczalnym i często bardzo trudnym do opanowania. Wtedy ani język, ani narodowość nie jest wyznacznikiem. Wtedy to bunt i szalejące w głowie pomysły, kierują człowiekiem.

Są chwile, gdy wydaje mi się, że mamy na obczyźnie są… jesteśmy jak drzewa odarte z kory. Staramy się zapuszczać korzenia i czasem nawet nam się udaję, mimo to jesteśmy wystawione na tysiące wątpliwości i rozważań, których pewnie nie miałybyśmy w Polsce. Z powodu braku kory te rozmyślania dopadają nas szybciej i docierają głębiej.

Mama zawsze się boi, ale znam miejsce gdzie można znaleźć odwagę. To uśmiechnięte oczy dziecka.

3.
Zdrajca zaimek

Części mowy potrafią być bardzo zdradzieckie. Weźmy taki zaimek. Niby sprawa jest prosta, ale szybko człowiek zaczyna wątpić. Na początek mamy tego tyle; są osobowe, wskazujące, dzierżawcze, zwrotne, nie mówiąc już o pytających czy względnych.

Wskazujące, które wydają się dość proste, chyba, że droga wskazywania jest kręta. Te nieokreślone czy też określone są takie smutne. Ktokolwiek mówił o czymkolwiek i tak to nie dookreślił. Kto chce wiedzieć, gdzie chowa się słowo sam, albo jeszcze gorzej żaden?
Niewielka różnica w mowie czy piśmie, a jaka różnica w życiu.

To jest ich dom. Tutaj już ich nie ma.

Zaimki dzierżawcze, tak bardzo przechodnie. To, co dziś jest jej, jeszcze wczoraj było moje. Takie zaimki mogą się w domu po kątach pogubić. Tak się zdarzyło. Na chwilę zgubiłam zaimek nasze. W Holandii pytając o Polskę, mówią – a jak jest u was? Zwykłe pytanie i potem dość zwykła odpowiedź. Jednak w Polce tak samo. Jak jest u was? Nagle z dwóch stron jest u was a ja nigdzie u nas. W żadnym nas nie ma mnie. Nie zaliczam się. Staram się wygrzebywać ze swojego słownika, to u nas i moim u nas jest tu i tam. Może i tu i tam nie tak całkiem, nie tak w 100%, ale to zawsze lepsze niż żadne u nas i tylko wszędzie gdzieś dalekie u was tak całkiem beze mnie.

Zaimki pytające: wciąż ich przybywa. Który? Kiedyś był jeden a teraz setki. Jaki? Duży, mały a może całkiem zielony, nie wiem! Czyj? Chyba mój, ale jednak tak bardzo niezależny. Wciąż mniej odpowiedzi.

On jest osobą, której wierzę. Której – zaimek tak całkiem względny, ale ufam bezwzględnie.

Zaimki określające: Każdy, czyli kto? Wszyscy, ale to nie prawda! Taki sam a tak naprawdę całkiem inny. Zwrotne, które często są tylko formą, bo o sobie się najczęściej zapomina.

Jest ja – dwie literki, a co się za tym kryje? Jest jakaś przeszłość, teraźniejszość i pewnie przyszłość. Książki do gramatyki mówią, że zaimki nie odmieniają się przez czasy. A jednak ileż jest czasu w tej grupie. Przecież jakiś on może być całkowicie w czasie przeszłym, a ty to już czas teraźniejszy, ale też przyszły. Zaimki zmieniają się, jeszcze wczoraj było ja i ty a dziś jest już my. Znam jeden zaimek oni, który długo był nimi, a potem przez obcego on, stał się już tylko nim i nią.

Jest jeszcze jeden zaimek, najmniejszy i najczulszy. Najpiękniejsze – ono. Najpierw nieznane, gdzieś pod sercem, ale już pewne, ono. Po dziewięciu miesiącach to on. Dwa lata później też ona. Teraz cztery zaimki, konkretnie wskazujące, czasem mało zwrotne i na pewno nie względne, ty, on, ona i ja tworzymy każdego dnia nasze my.

Pozdrawiam wszystkich Was.

4.
Moc bajek

Siedzę przed półką z bajkami moich dzieci. Zastanawiam się nad tym, ile w nich okrucieństwa. Nie jest dobrze! Śnieżka otruta, babcia i Czerwony Kapturek pożarci, wilk rozpruty, Baba Jaga upieczona w piecu. O Dziewczynce z Zapałkami i Małej Syrence lepiej w ogóle nie wspominać. Krew, zbrodnia i okrucieństwo.

Zobaczę w polskich bajkach! Sprawa też nie wygląda najlepiej. Bazyliszek mrozi wzrokiem, Smok Wawelski pożera dziewice, Wanda rzuca się ze skały w odmęty wodne, a Koziołek Matołek wisi nad ogniskiem, czekając aż zostanie przerobiony na smaczne kiełbaski.

Jedno jest pewne, bajki moich dzieci mogą równać się z niejedną kartoteką policyjną. To nie wygląda najlepiej i czasem dzieci mają trudności, by zrozumieć, dlaczego właśnie tak się dzieje. Myślę jednak, że one w ten właśnie sposób poznają świat. Mimo, że historie te można między bajki włożyć, to właśnie one mają dość istotny wpływ na kształtowanie się osobowości dziecka. Dzięki nim pojawiają się pierwsze pragnienia i pierwszy strach. Przecież to właśnie za sprawą baśni zaczynamy marzyć o księciu czy księżniczce z bajki, mamy nadzieję, że dobra wróżka w końcu się pojawi. Dlatego człowiek pragnie wielkich czynów, niczym z baśni tysiąca i jednej nocy. Chce pokonać smoka (kimkolwiek czy czymkolwiek ten smok jest) oraz marzy o pięknych i szczęśliwych zakończeniach skomplikowanych sytuacji.

Zawsze jest też ta druga strona medalu. Dzieci widzą, że gdzieś tam są ludzie, którzy krzywdzą innych. Być może jest to sposób wprowadzania malucha do świata ludzi dorosłych. Dorosłych, którzy mogą nie lubić innych tylko, dlatego, że są inni. Uczą, że nie powinno się rozmawiać z nieznajomymi i przestrzegają przed przyjmowaniem słodyczy i zaproszeniem do domu, nawet najżyczliwszych, ale mimo wszystko, obcych. W bajkach, w odróżnieniu od świata ludzi dorosłych, historie zawsze dobrze się kończą. Zło zostaje ukarane, a dobro ze wszelkich perypetii wychodzi zwycięsko i bez skazy. Na podstawie tych historii dzieci ustalają, co jest dobre, a co złe. W bajkach wszystko jest takie proste.

„Jedna z twoich łapek jest prawa, – kiedy ustalisz, która,
możesz być pewien, że druga jest lewa”

(„Mały poradnik Kubusia Puchatka” A. A. Milne)

Być może to wierutna bajka. Ale być może, właśnie te historie są dla dzieci pierwszą lekcją tego, jak to jest być dużym.

5.
Nasza klasa

Pierwsze do parku weszły Marta i Joasia. Wyglądały tak samo jak kiedyś, a jednak całkiem inaczej. Nie mówię o wielkim brzuchu Marty. Przyszła mimo, że za trzy dni miała wyznaczoną datę porodu. Mówię o tym, że między tym spotkaniem a ostatnią chwilą, gdy je widziałam minęło 15 lat.

Parkowe spotkanie klasowe, zwołane w ostatniej chwili, na ostatni moment. Jutro rano wracamy do Holandii. Marta stoi, delikatnie się uśmiech i z czułością gładzi swój brzuch. To chłopiec mówi. Joasia przytula mnie i szepcze – to moje młodsze kochanie – wskazuje roześmianego, prawie dwuletniego chłopca. Starsze kochanie to jej mąż, ale został w domu.

Przyjdzie tylko kilka osób, ale to te najważniejsze. To właśnie z nimi świętowałam moje urodziny, z nimi spędzałam przerwy w szkole. Ich poznałam, gdy byłam młodsza o rok od mojego syna dziś. To niemożliwe!

Wzajemnie obdarowujemy się komplementami. Nic się nie zmieniłaś! Super wyglądasz! Przyglądamy się sobie starając się dostrzec te dzieci z podstawówki nr 14, którymi kiedyś byłyśmy.

Przez bramę parku wchodzi Łukasz. Za rękę trzyma małą dziewczynkę. Koło niego idzie, pchając wózek jego żona. Dziewczyna o uśmiechu tak delikatnym, że uspakaja wszystko co jest wokół.

Ostatni do parku wchodzi Piotrek opowiada, że jeździł do Holandii na lawecie. A teraz już nie jeździ, nie ma popytu na graty. Przedstawiam wszystkim moje dzieci i męża.

– Ile lat ma twój syn? Siedem.
– A córka? Pięć. Ale duże dzieci.

Chodzimy, spacerujemy, co jakiś czas przystajemy. Wspominamy. Wypytujemy siebie wzajemnie. Tyle lat, co się z nami działo, co teraz robimy. Mamy mężów, żony, dzieci. Jesteśmy tacy nie tamci. Dopytujemy się o innych. Większość wyjechała za granicę, nie wiadomo dokładnie co się z nimi dzieje. Inni się stoczyli i nie ma ich już prawie wcale, może tylko jakieś cienie. Inni wdrapują się po krętych schodach i jeszcze próbują stać się dorosłymi. Wzdychamy i idziemy dalej.

Dzieci chcą lody. Stoję z kolegami z klasy i razem kupujemy lody dla naszych dzieci. Jakie mają być? Te brązowe i te różowe, ale nie pomarańczowe, pomarańczowe są be! Rozmawiamy o naszych dzieciach, o porodach, o ciążach. Wciąż dopytujemy się, czy Marta nie chce usiąść. Ona tylko macha ręką i idzie dalej.

Na pożegnanie przytulamy się do siebie, przytulamy te dzieci, którymi jesteśmy jeszcze razem w naszych wspomnieniach i dorosłych, którymi się staliśmy całkiem oddzielnie. Obiecujemy sobie, że wkrótce znów się zobaczymy.

Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie
I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie
W dół, na boki, wzwyż, ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo
Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo…

(J. Kaczmarski „Nasza Klasa”)

autor: Agnieszka Steur
e-mail: steuraj@gmail.com

Czytaj poprzednie opowiadania Agnieszki

Opublikowane w portalu Polonia.NL 26.05.2009